Karuzela życia…

Czasem jest tak, że człowiek się deklaruje. Że nigdy, ostatni raz, zawsze… — lista jest długa. Ja też, z tego co pamiętam i kojarzę, deklarowałem się nie raz w archiwalnych wpisach. Ja również oceniałem — szczególnie innych. Że ja na ich miejscu nigdy, ostatni raz, zawsze… I co jest najśmieszniejsze? Im jestem starszy, tym bardziej otwieram oczy. Nie wiem czy proza życia idzie w parze z rozwojem światopoglądu związanym ze studiowanym kierunkiem, czy po prostu taka jest kolej rzeczy. Wiem, że życie to karuzela, z tym, że nigdy nie wiadomo kiedy się z niej wypada, kiedy się do niej wsiądzie ponownie — i w końcu — kiedy zatrzyma się raz na zawsze. Bez możliwości dokupienia biletu.

Ostatnio żyłem trochę innym trybem, niż do tego przywykłem. Ze schematu „przyspieszonego” przeskoczyłem na „tracę przyczepność”. Wszystko zaczęło się od tego, że — by wygospodarować czas na urlop musiałem napiąć lekko grafik. Później, jeszcze przed ropoczęciem semestru, zechciałem odwiedzić rodzinę. Jeden głupi weekend, a mimo to trochę zmienił. Później zostało nademną już tylko widmo poprawki z rachunkowości; przedmiotu, którego „nie ogarniam”.

Uczyłem się, olałem wszystko inne — łącznie z pisaniem (jak łatwo było zauważyć i za co, w pewnym sensie, przepraszam) — pozostała tylko praca, powrót do domu i lektura. Zbierałem się do tego długi czas, traciłem nagle chęci i ochotę na wszystko, zasypiałem w środku dnia by następnego nie wyspać się wcale. A czasu ubywało. W końcu, na bodaj cztery dni przed poprawką wziąłem się w garść. Ostatnią noc, podczas której wszystko miało mi się tylko utrwalić, zasnąłem — na brzuchu, przy włączonym świetle, z zeszytem pod brzuchem i książką pod nosem. Zasnąłem tak, jak nigdy nie mam tego w zwyczaju…

W pracy, podczas przerw, przygotowałem sobie jeszcze ściągawkę-powtórzenie. Całość materiału w pigułce, na wszelki wypadek (gdybym ze stresu nie mógł niczego skojarzyć). Mało prawdopodobne było, że jej użyję. Ale koło ratunkowe lepiej mieć.

Na egzaminie było może z dziesięć osób. Z powodu niskiej frekwencji jego forma została zmieniona na… ustną. Z początku pomyślałem, że tym samym moje marzenia o zaliczeniu tego w tym terminie właśnie wygasły. Później doszedłem do wniosku, że z niskim poziomem mojej wiedzy to chyba nawet lepiej, że będę odpowiadał. Wylosowałem trzy pytania, 10 minut na przygotowanie i nadeszła moja kolej. Odpowiadałem z pamięci, większość pytań skojarzyła mi się z dwoma działami, których się uczyliśmy. Do teraz nie wiem, czy to z powodu wymieszania materiału w książce czy też tak ma po prostu być. Odpowiadałem to, co wiedziałem — nie patrząc na to, czy mówię źle czy nie.

Zdałem. Myślę, że te pół oceny wyżej dostałem za tekst podobny do tego: „A to… To to było na początku pierwszego działu, na drugiej stronie w akapicie na dole. I chyba chodziło o…”. Ledwo zacząłem kończyć to zdanie, powiedziałem może pół definicji i usłyszałem „Okej, widzę że pan się uczył. Niech będzie… Trzy i pół.” Nogi mi się lekko ugięły, bo oto ja — człowiek średniokumaty — otrzymałem pozytywną ocenę z przedmiotu, który na mnie ciążył. Od tej chwili byłem już studentem kolejnego semestru…

Wracając do domu ufundowałem sobie, w ramach pocieszenia nagrody dwa piwa. Wypiłem je zaraz po wejściu do domu, żeby nie uśpiły mojego poczucia czasu zbyt mocno (następnego dnia pracowałem). Później dostałem telefon z domu.

Słuchaj, przyszło do Ciebie jakieś pismo z WKU, ale to raczej nic strasznego. Czekaj… Jest: „Wzywa się do osobistego stawienia się [...] w celu powołania do czynnej służby wojskowej…”.

Nawet nie potrafię sobie przypomnieć tej zdziwionej miny, którą zrobiłem. Ciśnienie skoczyło, myśli poszły w ruch: „Ale że co, kuźwa?”. Dodzwonić się do nich już nie szło, było kilkanaście minut po piątej. Pozostała niepewność… Udało mi się dowiedzieć więcej dopiero następnego dnia, gdy byłem w pracy. Przez telefon pani poinformowała mnie, że czeka już na mnie bilet i że się nie wywinę. Spytałem o odroczenie, przecież mi przysługuje (z racji „pobierania nauki”). Pani powiedziała, że owszem: było. Ale się skończyło… 30 lipca tego roku. Kolejne „Że co?!” i chłodna kalkulacja: w lipcu tego roku kończyłoBY się moje zaświadczenie z poprzedniej uczelni. Ale tę rzuciłem przecież po roku studiów (i kilka chwil przed rozpoczęciem drugiego roku). Po chwili wiedziałem już o co chodzi…

Nie mają mojego zaświadczenia z aktualnej uczelni, nie wiedzą, że studiuję. Spoko. W weekend miałem mieć zjazd, pomyślałem, że skoro mam mieć spokój to lepiej przywieźć je osobiście. Powiadomiłem tylko, że będę w terminie. W dziekanacie kolejne problemy: pani nie chciała mi wystawić zaświadczenia na kolejny rok, gdyż… nie zdałem indeksu. A jak miałem zdać, skoro dwa dni wcześniej miałem robiony do niego wpis z poprawki? Na miejscu wypełniłem go do końca i złożyłem, by w zamian — cudem jakimś — otrzymać zaświadczenie o pobieraniu nauki jeszcze do końca września przyszłego roku (licencjat).

Piątek, sobota, niedziela… Zjazd minął szybko, głównie na rozmowach z ludźmi których przez wakacje urlop nie widziałem. Próbowałem zorganizować coś więcej, ale nie wyszło. Za to w przerwie między wykładami pojechaliśmy na smażoną rybkę w okolice jeziora Zegrzyńskiego. Smaczny był ten okoń, cholercia. I bez ości…

W poniedziałek po pracy do Łomży pojechałem z siostrą, która tego dnia pracowała akurat w Warszawie. Zajechaliśmy jeszcze tylko na chwilę do Ikei na odstresowanie. Siostra wypatrzyła ławę (wcześniej w katalogu, teraz widziała ją na żywo). Niby była tania, ale przy nadchodzących siostrzanych wydatkach chwilowo nie osiągalna. Spisałem do telefonu numer ławy w samoobsługowym magazynie i — w międzyczasie — zadzwoniłem do GE Money Banku by aktywować kartę kredytową. Mają fajny automat od tego, więc wystarczało jedynie odpowiadać na pytania. Dokupiliśmy jeszcze kilka pierdółek, zaszliśmy po ławę i spakowaliśmy ją do samochodu. Pozostał dojazd, rozpakowanie przygwizdów, złożenie ławy i oblanie jej winem. Schłodzone różowe Carlo Rossi wchodzi jak napój. ;)

Wtorek miał być dniem stosunkowo napiętym czasowo. Najpierw, szybko (teoretycznie) wizyta w WKU z rana. Wezwanie było na godzinę 9:00. Wpuszczać do pokoju zaczęli o… 9:30. Zauważyłem też, że wezwania dostali praktycznie wszyscy Ci. z którymi zaczynałem studia licencjackie dzienne. Oni mieli do doniesienia dyplomy/zaświadczenia o obronie. O godzinie 9:50 było po wszystkim: odroczenie w książeczce wpisane, kwit podpisany, przyjęty i w ogóle super. Dowiedziałem się, że (w przypadku, gdy nie zniosą zasadniczej służby wojskowej) będę miał do dostarczenia dyplom po obronie licencjata. Później oni będą mieli okres 12 miesięcy by powołać mnie na przeszkolenie dla studentów (trzymiesięczne). Ale ja edukacji na licencjacie nie kończę przecież… ;)

Po odpieprzeniu swojego (i spotkaniu na korytarzu kolegi, z którym na piwo umawiam się już n-ty miesiąc czasu — niestety w Łomży nie goszczę na tyle często, by mieć czas na co innego niż pomoc siostrze i obiad z rodzinką) pojechałem z siostrą do jej pracy, do Białegostoku. Cały dzień spędziliśmy na załatwianiu mniej lub bardziej miłych spraw — aż do momentu, kiedy nie ruszyliśmy trasą S8 w stronę Warszawy.

Kilka kilometrów za Białymstokiem złapaliśmy kapcia. Tylne lewe koło. Najpierw myślałem, że odpadł kołpak/najechałem na kamień. Nawet nie wiedziałem, że to kapeć do momentu, w którym nie zacząłem wyprzedzać przy ok. 120km/h. Dopiero gdy felga zaczęła ciąć oponę było słychać, że jest kiepsko z kołem. Spojrzenie w lusterko: dwa czarne ślady gumy na asfalcie, każdy ok. 1cm grubości. Awaryjne, pobocze… Niestety, nie mogłem zatrzymać się na linii ciągłej pobocza, więc podjechałem do pierwszego zjazdu w droge polną (kilkadziesiąt metrów, ale zawsze). Wysiadam, spoglądam na koło: kapeć całkowity + dymiąca na siwo opona.

Jako, że bagażnik siostry był pełen mniej lub bardziej przydatnych gratów, chwilę zajęło nam dostanie się do osprzętu wymiany koła. Przy okazji przypomniałem jej jak to powinno prawidłowo wyglądać. Cofnęliśmy się trochę do punktu serwisowego opon. Gość powiedział, że jest szansa ale musi zajrzeć do środka. Po zdjęciu opony z felgi wysypała się z niej pocięta guma. Werdykt: kosz. Na szczęście siostra ma funkiel-nówkę nie śmiganą oponę na zapasie. Jeszcze tylko postój na stacji, mini-zakupy na drogę i mogliśmy kontynuować wyjazd.

Od okolic Zambrowa, przez Ostrów Mazowiecką, aż do Marek koło Warszawy jechało się tragicznie. Było ciemno, padał deszcz, asfalt namókł i uniemożliwiał szybką (i bezpieczną) jazdę po trasie. O ile mój zmysł samozachowawczy jeszcze funkcjonuje: wyprzedam tylko wtedy, gdy widzę, że skończę ten manewr, o tyle inni nie mieli tyle rozsądku w sobie. Była jedna sytuacja, gdy — nie widząc pasów na jezdni — wyleciał mi na czołówkę samochód. Jechał pod górkę, na skrzyżowaniu i podwójnej ciągłej wyprzedzając mały zator. Na szczęście miałem pobocze i na szczęście nikt nim nie szedł (teren prawie-zabudowany). Kilkaset metrów dalej poboczem szła nieoświetlona, ubrana na ciemno kobieta… Miała w ręku zakupy. Z siostrą życzyliśmy jej (przejeżdżając obok), by nikt — awaryjnie ustępując miejsca — najzwyczajniej jej nie „sprzątnął”.

Nerwówka była niesamowita. Starałem się jechać maksymalnie szybko, jak pozwalały mi na to warunki. Przejechałem już wystarczającą ilość tysięcy kilometrów, by kojarzyć zachowania samochodu na trasie. Doceniło to innych dwóch kierowców, którzy widząc antenę od CB radia i „rozsądną” jazdę po prostu nie zjeżdżali mi z ogona (zachowując przy tym bezpieczną odległość). Później, wyprzedzając mnie, pierwszy z nich podziękował.

W domu byłem kilka minut po 21, a siostra miała do pokonania jeszcze (w prawie tych samych warunkach) ponad 100 kilometrów. Na szczęście przestawało padać, mogła jechać bardziej zdecydowanie niż ja.

Co to wszystko ma wspólnego z tytułową „Karuzelą życia”? Właśnie to. Nigdy nie wiadomo kto i kiedy zwinie kogoś z pobocza, na masce (bo nie chciało się kupić kamizelki odblaskowej). Nigdy nie wiadomo czy jadąca z naprzeciwka ciężarówka nie złapie gumy (tam jest to groźniejsze niż w przypadku osobówki). Nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie wezwanie do WKU. Nic nigdy nie wiadomo.

Co chwilę coś planowałem, co chwilę do tych planów musiałem dodawać powikłania, które uniemożliwiały mi wyrabianie się ze wszystkim. Znowu zaniedbałem pokój, znowu zaniedbałem wszystko co miałem zrealizować. Praktycznie to, czego nie da się załatwić na bieżąco odkładam albo odwołuję. A nie wszystko da się przecież odkładać w nieskończoność.

Do tego wszystkiego staram się też żyć przyzwoicie. Trzymam się swojej ścieżki, nie wyjeżdżam z niej. Staram się trzymać kierownicę/ster kurczowo, trochę zbyt emocjonalnie na wszystko reagując. Ale jak tu nie reagować i nie stresować się, gdy na czarnym3 remontowanym asfalcie bez pasów, jedynym wyznacznikiem kierunku są widoczne w oddali odblaski znaków drogowych? Nigdy nie wiadomo kiedy będzie trzeba odbić. Wiem za to, że rozjechałem trzy żaby. Wskakiwały akurat pod koło, a mi było przykro — nie mogłem ich ominąć (bez zatrzymywania się na masce innego samochodu).

Żałuję, że życie nie może wyglądać tak, jak wydaje mi się, że na to zasługuję. Nie mówię tutaj o pławieniu się w luksusach. Chodzi mi o bliskość z innymi, szczególnie rodziną. Żal mi za każdym razem, gdy wyjeżdżam od nich… Ale i oni i ja wiemy, że tak musi być. A raczej powinno. Bo mógłbym siedzieć na garnuszku, nie usamodzielniać się i też byłoby wszystko w porządku. Ale czy fair? Staram się jak mogę, tylko ten dystans…

Ostatnimi czasy jestem bardziej nerwowy. Moja siostra nie zastanawiała się nawet dlaczego, wręcz przeciwnie: rozumiała mnie. Ba! Zrozumieć mnie powinien każdy, kto w miesiącu nie ma (dosłownie!) jednego wolnego weekendu na odpoczynek. W tym tygodniu planuję wyprostować (przynajmniej) to, na co starczy mi sił. A będzie raczej ciężo, bo dzień po dniu wracam po godzinie szesnastej. Oby się udało.

W zasadzie to chyba przynudziłem. I tak bez ładu i składu jakoś to wszystko. Wychodzę z wprawy? Możliwe. Wiem, że utraciłem swoją zdolność niemarznięcia. Pierwsze chłody i już noszę bodaj najcieplejszą swoją kurtkę. Starzeję się. 22 lata. Kawał czasu. Tyle się zmieniło. Jak na karuzeli. I archiwum już dawno nieaktualne. Nie usuwam go tylko z czystej przyzwoitości: wobec siebie, was. Wiele z tego, co tam jest, zostałoby teraz sformułowane inaczej. Niekoniecznie całkowicie inaczej. Ale nic już nigdy nie jest takie samo, gdy raz powie się „A”.

Chciałem samodzielności? Chciałem odciążyć? Owszem. Ciągnęło mnie do tego i ciągnie dalej. Stworzyłem sam sobie wojsko. Nikt nie ugotuje, nikt nie obudzi, nikt nie upilnuje czy wykonałem zadanie. Jeszcze przez jakiś czas wszystko jest całkowicie na mojej głowie. Biorąc pod uwagę to, jak to wszystko wyglądało zanim przyjechałem do Warszawy, to mogę tylko porównać skok do skoku cywilizacyjnego. Wiele osób do dziś nie wierzy, że sobie poradziłem (taka cierepa ze mnie była…).

A ja potrzebuję tylko trochę wiary. Siebie w swoją osobę. I innych we mnie. To mnie motywuje. A wpis? Chyba autoterapia. Momentami mam problemy z przypomnieniem sobie tego, co napisałem w pierwszych akapitach opowieści. Czyżby i u mnie blog pełnił funkcję, o której psychologom się nie śniło?

Oceń wpis:


Komentarze do notki “Karuzela życia…”

  1. sznik (#

    Tak sie zastanawiam (idąc spać):
    Komu chciałoby się tyle czytać?

    Dobranoc.

  2. Zal (#

    Ja dotrwałem do złapania kapcia ;p

  3. lambchop (#

    Ja tak w sumie w całości choć czasami po łebkach :-). Ale 22 lata, i że stary? No bez jaj. Daj też starszym żyć. I pamiętaj, że pieniądze, samochody, kariera itd. nie jest najważniejsze. Najważniejsze jet po prostu być szczęśliwym.

  4. sznik (niezalogowany) (#

    @lambchop: Bez pieniędzy nie byłoby połowy z tego, co opisałem. Ławy i bzdetów z Ikei także.

  5. bo kto nie uciekał przed WKU t (#

    życie, życie, to jest Polska.
    wiem stary co czujesz normalnie, znowu zaczynam studiować, tym razem pracując.
    I co ważniejsze – doskonale wiem o co chodzi z WKU :P
    wyobraź sobie, że ja przez ponad tydzień nie wiedziałem, czy moja sytuacja się wyjaśni pozytywnie czy nie, a jedynym gwarantem była szkoła policealna, w której właśnie „zaczynałem naukę”.
    Ech, straszna sprawa, miałem ochotę coś zniszczyć.

  6. raven (#

    Cholera ja też do kapcia przetrwałem :D A tak w ogóle to mnie już drugi raz wzywają z cudownego WKU „w celu odbycia czynnej służby wojskowej” też miałem minę typu „że co?!” I tym razem też im się wywinę, jestem tego pewien:D Poprzednim razem przeszło nawet przeterminowane (powyżej 3 miesięcy od wydania, zaświadczenie traci ważność) zaświadczenie:D Ale stresik był. Ogólnie chodzi o to, że powoli kończą się te idiotyczne „łapanki” i biorą kogo się da stąd debilne wręczanie „bilecików” na dzień dobry zamiast normalnego stawiania się z papierzyskami.

  7. sznik (#

    Mało wytrwali jesteście. :)

    Cały sens tych łapanek jest w tym, że go nie ma.
    Jak ktoś chce być żołnierzem – niech idzie.
    Przyuczać mogliby już w liceum ludzi (i tak nauka jest obowiązkowa).

    Pobór może zostać, niech wiedzą ile mają mięsa armatniego. Ale zasadnicza służba wojskowa jest głupim pomysłem.